poniedziałek, 29 czerwca 2026

got that feeling once again.

przyjedź i zostań.

sobota, 20 czerwca 2026

trapped inside for another night.

to miało nie wracać, ale znowu zapomniałam, że szczęściem nie oszukam spierdolonej chemii swojego mózgu.

i nawet nie wiem, jak to wytłumaczyć.
że przecież wszystko jest okay, tylko coś z tła napiera na rzeczywistość i wygina ją w bardzo nieprzyjemny sposób.

najdziwniejszy rodzaj samotności to ten, gdy nie jest się samemu i gdy w zasadzie większość innych rodzajów samotności się lubi.

piątek, 12 czerwca 2026

'til the battle is won.

w rzeczywistości tkanej szptem jest wyjątkowo ciężko się odnaleźć.
najłatwiej jest z pokorą pochylić głowę i czekać aż letnie oberwanie chmury zmyje smutek, żal i to dziwne poczucie, że coś powinno się zrobić.
że przecież tak nie powinno być, że przecież to nie może przeplatać się aż tak ze szczęściem, że nie może tworzyć aż tak integralnej całości.

nie wiem czy chcę teraz próbować to rozplątać. może po prostu lepiej patrzyć z zainteresowaniem.

środa, 10 czerwca 2026

don't think about it too much.

wszystko staje się tak bardzo, bardzo realne.

to trochę jak ogień trawiący wypalone słońcem letnie trawy. nagły, nieokiełznany, ale piękny, gdy siedzi się z boku i po prostu patrzy.
tak więc siedzę i patrzę, bo przecież możemy tu zostać i po prostu patrzeć.

możemy tu zostać i szukać sposobów, by kochać głośniej.

możemy po prostu zostać i być, bo nawet gdy trawy się wypalą, nawet gdy deszcz ugasi ogień, wszystko będzie gotowe na nowe życie.

czwartek, 28 maja 2026

every word i say is what i really meant.

odliczam dni. ostatni raz odliczałam w liceum. potem wszystko miało inny kolor.
teraz chyba też ma, jakiś niewidoczny, lekki filtr wyostrzający barwy. a może to po prostu lato i faktycznie zieleń wygląda tak, jak zawsze powinna.
może też ja w końcu czuję się bezpiecznie tak, jak zawsze powinnam.

pyłki drzew pozostawiają lekką warstwę chodniku, może przez to chodzi się trochę bardziej miękko.

niedziela, 17 maja 2026

you're on my mind most of the time (most of the time).

przedziwne, że nawet, gdy jest ciężej to jest jakby... lekko?
że sam fakt, że jest sprawia, że serce jest pełniejsze.

ten idealny, brakujący kawałek układanki, w perfekcyjnym kształcie, by wypełnić przestrzenie pomiędzy smutkiem a samotnością tak, by ich nie było.

i nawet, jak jest ciężej, to nie ma w tym samotności.

jakby miało jej już nie być.

jakby to miało być to.

jakbym miała więcej się już nie bać?

poniedziałek, 11 maja 2026

a whisper of the souls that never leave you.

w mojej głowie to brzmi jak ogromne poczucie winy.

myślałam, że z czasem przyjdzie ulga, ale jej nie ma.

wolałabym chyba, żeby te ścieżki poszły w różne strony, a nie wiodły równolegle do siebie.
wolałabym jednak nie widzieć i nie wiedzieć.

nie powinnam być tak szybko aż tak szczęśliwa.

nie powinnam czuć się dobrze.

niedziela, 3 maja 2026

i really wanna stay at your house.

ten weekend to jeden z tych, które nie krzyczą, ale cicho zostają.

cisza jest ostatnio dobrym wyznacznikiem szczęścia.
cisza i spokój, długopis przeciągnięty po skórze, zostawiający ślad, którego nie powinno być.
śladów robi się więcej z każdym dniem, tusz stapia się ze skórą, rozlewa w jej załamaniach, rozmywa się od potu i odbija na meblach, gdy próbuję się oprzeć.
jeszcze chwilę temu tego nie było. jeszcze chwilę temu w to nie wierzyłam, a teraz wszystko pokryte jest mozaiką odbić, które zdają się nieskończenie rozrastać niczym fraktale rozlewające się po suficie, gdy za długo nie śpię.

i może właśnie o to chodziło.

o ten spokój, o jego głos i średnio długie momenty ciszy nas discordzie.

wtorek, 28 kwietnia 2026

it was nice to play pretend.

będą dwie części.

dwie, bo potrzebuję coś zamknąć, żeby potem coś otworzyć.

tylko... tak ciężko jest zamknąć. czuję, że zamykam drzwi, ale z premedytacją zamykam je niedokładnie, zostawiam je lekko, niemalże niewidocznie uchylone. nie chcę nimi trzaskać, nie chcę nawet patrzeć, jak się domykają. to strasznie bolesne, to na maksa ciężkie i nie wiem czy umiem to zrobić. byłoby łatwiej, gdybyśmy się nienawidzili. byłoby łatwiej, gdyby któreś z nas zawiniło. byłoby łatwiej, gdybyśmy mogli zwalić na kogoś winę. byłoby łatwiej, gdybyśmy nie mogli się przytulić i wypłakać po wszystkim. byłoby łatwiej, gdybyś tak bardzo tego nie pragnął, byłoby łatwiej, gdybym ja nie myślała o tym, byłoby łatwiej gdybyśmy umieli to domknąć, gdybym nie próbowała zawołać cię co chwilę z drugiego pokoju.

tak naprawdę, to nigdy nie byłoby łatwiej.

druga część jest krótsza, bo jest niewiadomą, której pragnę bardziej niż powinnam.
jest powiewem świeżości i rosą nad ranem na szybie auta, w której rozszczepia się światło porannego brzasku, ale jeden ruch wycieraczek, może ją zetrzeć.
ale nawet jak ją ścieram, to ona tam jest, codziennie rano, od nowa.
i może po starciu już nie ma tych promieni wszędzie, ale brzask nadal jest, nadal jest piękny i sprawia, że chcę żyć. bardziej niż kiedykolwiek.

i może w końcu ta chęć zmieni te małe elementy, może w końcu zimą będzie przytulnie.

sobota, 11 kwietnia 2026

eviedence i left there on purpose.

okay, może jednak nie muszę wstrzymywać oddechu.

może właśnie chodzi o to, żeby w końcu oddychać.
może chodzi o to, żeby ten oddech się zatrzymywał z czyjegoś powodu.
może nawet chodzi o to, żeby nie musieć o tym myśleć i intuicyjnie zgarniać dokładnie tyle powietrza, ile potrzeba.

i może nawet chodzi o to, żeby znowu krzyczeć.

czwartek, 9 kwietnia 2026

just don't hang your hopes on me.

nie będzie kolejnej planszy.

wszystko rozegra się do końca na jednej i tej samej. wszystko co rozpoczęło się tutaj, dokończy się na moich oczach.

cokolwiek się nie stanie, czegokolwiek nie spalę, czegokolwiek nie wysadzę w pizdu.

jedna plansza, ta ostatnia.

wstrzymuję trochę oddech, ale to chyba o to chodzi.

wtorek, 31 marca 2026

run through my veins.

jedna decyzja, jedna zmiana.
może nawet na zawsze, może nawet doszczętnie.

czy to już czas na kolejną planszę?

czy to dobry moment na przejście?

poniedziałek, 23 marca 2026

i'll believe in anything.

zegar tyka.

szybciej niż bym tego chciała.

oscyluje między kompletnym odpuszczaniem, a obsesyjną kontrolą. rzadko cokolwiek pomiędzy.
kontrolowanie czegokolwiek to ogromny wysiłek, który nigdy nie słabnie. jakimś cudem zawsze jest tak samo nieziemsko ciężko, niezależnie czy to zrobienie porannej kawy, pójście spać o normalnej godzinie czy zaplanowanie tygodnia. zawsze tak samo nieziemsko ciężko, a potrzebuję planować wszystko.
czasami mam wrażenie, że tylko dzięki temu funkcjonuję. tylko dzięki temu, że mam plan.
wróć, nawet nie dzięki temu, że go mam, tylko dzięki temu, że mogę planować. planowanie samo w sobie jest tym, co mnie trzyma jakkolwiek przy rzeczywistości.
rzeczywistości nudnej, jak flaki z olejem nawiasem mówiąc.

jak byłam młodsza to jakoś lepiej się bawiłam.

archiwum.