niedziela, 3 maja 2026

i really wanna stay at your house.

ten weekend to jeden z tych, które nie krzyczą, ale cicho zostają.

cisza jest ostatnio dobrym wyznacznikiem szczęścia.
cisza i spokój, długopis przeciągnięty po skórze, zostawiający ślad, którego nie powinno być.
śladów robi się więcej z każdym dniem, tusz stapia się ze skórą, rozlewa w jej załamaniach, rozmywa się od potu i odbija na meblach, gdy próbuję się oprzeć.
jeszcze chwilę temu tego nie było. jeszcze chwilę temu w to nie wierzyłam, a teraz wszystko pokryte jest mozaiką odbić, które zdają się nieskończenie rozrastać niczym fraktale rozlewające się po suficie, gdy za długo nie śpię.

i może właśnie o to chodziło.

o ten spokój, o jego głos i średnio długie momenty ciszy nas discordzie.

wtorek, 28 kwietnia 2026

it was nice to play pretend.

będą dwie części.

dwie, bo potrzebuję coś zamknąć, żeby potem coś otworzyć.

tylko... tak ciężko jest zamknąć. czuję, że zamykam drzwi, ale z premedytacją zamykam je niedokładnie, zostawiam je lekko, niemalże niewidocznie uchylone. nie chcę nimi trzaskać, nie chcę nawet patrzeć, jak się domykają. to strasznie bolesne, to na maksa ciężkie i nie wiem czy umiem to zrobić. byłoby łatwiej, gdybyśmy się nienawidzili. byłoby łatwiej, gdyby któreś z nas zawiniło. byłoby łatwiej, gdybyśmy mogli zwalić na kogoś winę. byłoby łatwiej, gdybyśmy nie mogli się przytulić i wypłakać po wszystkim. byłoby łatwiej, gdybyś tak bardzo tego nie pragnął, byłoby łatwiej, gdybym ja nie myślała o tym, byłoby łatwiej gdybyśmy umieli to domknąć, gdybym nie próbowała zawołać cię co chwilę z drugiego pokoju.

tak naprawdę, to nigdy nie byłoby łatwiej.

druga część jest krótsza, bo jest niewiadomą, której pragnę bardziej niż powinnam.
jest powiewem świeżości i rosą nad ranem na szybie auta, w której rozszczepia się światło porannego brzasku, ale jeden ruch wycieraczek, może ją zetrzeć.
ale nawet jak ją ścieram, to ona tam jest, codziennie rano, od nowa.
i może po starciu już nie ma tych promieni wszędzie, ale brzask nadal jest, nadal jest piękny i sprawia, że chcę żyć. bardziej niż kiedykolwiek.

i może w końcu ta chęć zmieni te małe elementy, może w końcu zimą będzie przytulnie.

sobota, 11 kwietnia 2026

eviedence i left there on purpose.

okay, może jednak nie muszę wstrzymywać oddechu.

może właśnie chodzi o to, żeby w końcu oddychać.
może chodzi o to, żeby ten oddech się zatrzymywał z czyjegoś powodu.
może nawet chodzi o to, żeby nie musieć o tym myśleć i intuicyjnie zgarniać dokładnie tyle powietrza, ile potrzeba.

i może nawet chodzi o to, żeby znowu krzyczeć.

czwartek, 9 kwietnia 2026

just don't hang your hopes on me.

nie będzie kolejnej planszy.

wszystko rozegra się do końca na jednej i tej samej. wszystko co rozpoczęło się tutaj, dokończy się na moich oczach.

cokolwiek się nie stanie, czegokolwiek nie spalę, czegokolwiek nie wysadzę w pizdu.

jedna plansza, ta ostatnia.

wstrzymuję trochę oddech, ale to chyba o to chodzi.

wtorek, 31 marca 2026

run through my veins.

jedna decyzja, jedna zmiana.
może nawet na zawsze, może nawet doszczętnie.

czy to już czas na kolejną planszę?

czy to dobry moment na przejście?

poniedziałek, 23 marca 2026

i'll believe in anything.

zegar tyka.

szybciej niż bym tego chciała.

oscyluje między kompletnym odpuszczaniem, a obsesyjną kontrolą. rzadko cokolwiek pomiędzy.
kontrolowanie czegokolwiek to ogromny wysiłek, który nigdy nie słabnie. jakimś cudem zawsze jest tak samo nieziemsko ciężko, niezależnie czy to zrobienie porannej kawy, pójście spać o normalnej godzinie czy zaplanowanie tygodnia. zawsze tak samo nieziemsko ciężko, a potrzebuję planować wszystko.
czasami mam wrażenie, że tylko dzięki temu funkcjonuję. tylko dzięki temu, że mam plan.
wróć, nawet nie dzięki temu, że go mam, tylko dzięki temu, że mogę planować. planowanie samo w sobie jest tym, co mnie trzyma jakkolwiek przy rzeczywistości.
rzeczywistości nudnej, jak flaki z olejem nawiasem mówiąc.

jak byłam młodsza to jakoś lepiej się bawiłam.

archiwum.